niedziela, 11 grudnia 2016

Rozdział 3

Następnego poranka Liz szybko pobiegła na dół aby zjeść i wyjść na przystanek, w celu spotkania Chada. John siedział przy stole na wpół przytomny i popijał wodę gazowaną. Nie odzywając się wzięła dżem z lodówki i prędko posmarowała nim kanapki. Usiadła przy stole i zaczęła jeść bardzo szybko.
- Co wczoraj robiłaś? – mruknął tata.
- A co mogłam robić? Siedziałam w domu, bo nie pozwoliłeś mi iść na koncert własnego brata. – warknęła.
- Nie pozwoliłem? – uniósł brwi i skierował wzrok na kwiaty znajdujące się na stole. Po chwili dodał: A Benowi pozwoliłem?
Lizzie walnęła rękami w stół i wstała łapiąc torbę.
- Jesteś żałosny. Idę do szkoły. Cześć. – kiedy otwierała drzwi usłyszała z ust ojca „przepraszam” ale nie miała zamiaru tego wysłuchiwać.
Zirytowana usiadła na przystanku. Miała cichą nadzieję, że Chad zaraz tutaj przyjdzie, jednak Ben ją dogonił i razem wsiedli do busa.
- Czemu nie przyszłaś wczoraj? A ojciec dlaczego taki przybity? Stało się coś? – wypytywał.
- Miałeś farta bo i ty byś nie zagrał wczoraj. – mruknęła patrząc w widok za oknem.
Brat chwilę analizował słowa Liz po czym zorientował się o co chodzi.
- Napił się? – westchnął. – Przykro mi, że mnie wtedy nie było przy tobie.. – powiedział cicho.
Słowa Bena zdziwiły dziewczynę, bo rzadko kiedy był taki czuły. Zazwyczaj skakali sobie do gardeł, ale z wiekiem było coraz lepiej.
- Nie ma sprawy. – oparła głowę o jego ramię.
- Hej.. – szepnął. – Chad wczoraj wcześniej się urwał… nie masz z tym nic wspólnego, co? – zachichotał.
- Cicho siedź. – stuknęła go ręką.

Do godziny piętnastej Lizzie nie wypatrzyła w szkole Chada, dlatego uznała, że dziś nie będzie zawracać sobie nim głowy. Wróciła do domu, ojca nie było. Zrobiła sobie obiad, powędrowała do pokoju i przysiadła do lekcji. Co chwilę zerkała na telefon  i kiedy zobaczyła migające, czerwone światełko szeroko się uśmiechnęła.
- To urocze, że się tak uśmiechasz, kiedy widzisz połączenie ode mnie. – usłyszała głos zza okna.
Dziewczyna zmrużyła oczy i chwilę się zastanowiła.
- Balkon, sieroto!
Liz skierowała wzrok za duże, szklane drzwi i ujrzała tam szeroko uśmiechającego się Chada.
Przygryzła wargi i wyszła do niego.
- Co tu robisz? – zaśmiała się. – Nie byłeś w szkole. – zmierzyła go wzrokiem.
- Nie byłem… nie tracę czasu na takie rzeczy. – wzruszył ramionami.
- A ja właśnie jestem w trakcie nauki, więc nie trafiłeś. – spojrzała mu w oczy.
- Czyżby? – złapał ją za rękę i pociągnął do pokoju. Obrócił parę razy aż w końcu dziewczyna straciła równowagę i upadła na łóżko.
- Co ty wyprawiasz? – śmiała się i próbowała wstać jednak on położył się obok niej, co trochę speszyło Liz.
Ich twarze znajdowały się bardzo blisko. Każdy oddech Chada poruszał kosmykami włosów Lizzie.
- Chad.. – spojrzała na niego. – Ja nie…
- Wiem. – odparł. W tym momencie usłyszeli pukanie do drzwi jej pokoju. Oboje zerwali się z łóżka  nie wiedząc co ze sobą zrobić, kiedy wszedł Ben.
- Chad? – uniósł brwi. – Siemano. – przybił mu piątkę. – Co ty tu robisz? – zapytał rozbawiony.
- Wprosiłem się. – odparł obojętnie lekko się uśmiechając. – Jednocześnie wpadłem na próbę. – dodał.
- Niedługo to z innego powodu wpadniesz. – chłopcy się roześmiali a Liz złapała poduszkę i rzuciła nią w Bena.
- Wynocha, już! – krzyknęła lekko się uśmiechając.
- Chciałem tylko zapytać czy mi też obiad robiłaś. – powiedział dalej się śmiejąc.
- Idiota. – wypchnęła brata za drzwi zamykając je za sobą.
Chad ciągle stał i się patrzył, bardzo wyraźnie rozbawiony.
- A ty co? – wzruszyła ramionami. – Ciebie też się to tyczy. – wskazała balkon.
- Ale ja przecież nic nie zrobiłem. – nadal się śmiał, aż dziewczyna zaczęła wypychać go na zewnątrz.
- Nie mogę drzwiami chociaż?
- Nie. Za karę. – założyła ręce na biodra.
Otworzył usta aby jej odpowiedzieć, ale uznał, że to nie ma sensu. Podszedł do niej, jednak Liz się cofnęła.
- Spokojnie. – uśmiechnął się zadziornie i dał jej buziaka w policzek, po czym zwinnie zszedł na sam dół i powędrował na próbę do Bena.

Znajomość Lizzie i Chada rozwijała się bardzo dobrze. Minęły trzy miesiące i właśnie zbliżały się Święta Bożego Narodzenia czyli gwiazdka. Przygotowania rozpoczęły się już trzy tygodnie wcześniej. Każdy na siłę próbował upiększyć swój dom. Lizzie bardzo lubiła święta i wkładała w to całe swoje serce, w przeciwności do Bena, który dzień przed wigilią siedział w garażu i ćwiczył repertuar.
- Myślisz, że to jej się spodoba? – zapytał Chad siedząc na piecu od gitary.
Ben zmierzył wzrokiem małą, niebieską torebkę i odparł:
- Dziewczyny lubią takie bzdety. – prychnął. – Stary, do tej pory nie wierzę, że minęło już tyle czasu a wy nadal nic…
- Uznałem, że zaliczanie pierwszej lepszej wyszło już z mody. Choć przyznam, chciałbym z nią coś… - pokiwał głową.
- Chcesz iść do łóżka z moją siostrą? W Boże Narodzenie?
- Nie do łóżka. – skrzywił się i wstał. – Chciałbym, żebyśmy byli razem.
- Myślę, że to już odpowiednia pora. – powiedział odkładając gitarę, kiedy rozległ się krzyk Lizzie.
- BEEEEN! RAZ MI DO KUCHNI!
Chłopcy spojrzeli na siebie i wyszli z garażu.
- Co jest? – zapytał chłopak, kiedy zauważył rozwścieczoną siostrę w kuchni.
- Chad? – spojrzała na niego. Była ubrana w fartuch, który był upaćkany czekoladą, siwe dresy i podkoszulkę. Na nosie i we włosach miała mąkę. – Czy ty już na zawsze przyczepiłeś się do naszej rodziny? – spojrzała na niego z wyrzutem po czym się odwróciła zawstydzona.
- Zaprosiłem go, wyluzuj. – Ben sięgnął ręką po lukrowanego piernika, jednak Liz odsunęła talerz.
- Właśnie o to mi chodziło. – spiorunowała go wzrokiem. – Gdzie reszta pierników? Wszystko pochłonąłeś?
- Głodny  byłem, a ojciec jeszcze nie wrócił z pracy. – wzruszył ramionami.
- Ale to na święta! – krzyknęła rozżalona.
- Dobra, ja też trochę zjadłem. – puścił jej oczko Chad. – Hej… co tak śmierdzi? – zapytał.
- O Boże, ciasto! – cała trójka podbiegła do piekarnika aby uratować szarlotkę.
- Nieźle. – mruknął Ben kiedy z urządzenia wyleciała czarna chmura dymu.
Lizzie założyła ręce na biodra i spojrzała na chłopaków.
- No to teraz już tutaj zostajesz. – zwróciła się do Chada. – Macie mi pomóc robić kolejne ciasto.

To był ten dzień, kiedy rodzice Lizzie poznali Chada. Mama wróciła zza granicy na święta aby przeżyć  te chwile z rodziną. Widać, że John z mety nie polubił, prawie że, chłopaka jego córki. Na jego szczęście był tam tylko przez chwilę.
- Do zobaczenia i wesołych świąt. – powiedziała kiedy Chad opuszczał ich dom.
- Nawzajem… - wyszczerzył się i wskazał palcem swój policzek. Liz przewróciła oczami podeszła do niego aby dać mu buziaka w policzek, jednak ten szybko się odwrócił i ich usta się spotkały. Dziewczyna była zaskoczona, jednak poczuła tak zwane „motylki w brzuchu”, więc nie planowała z tego rezygnować.
- Widzimy się na sylwestrze… - szepnął i odszedł.
Lizzie jeszcze długo odprowadzała go wzrokiem aż w końcu usłyszała głos mamy.
- Kolacja!
Kiedy cała rodzina siedziała przy stole rodzeństwo wreszcie poczuło prawdziwe, rodzinne ciepło. Na co dzień musieli radzić sobie sami i nie wyglądało to tak kolorowo, jak u niektórych.
- Jak idzie w pracy, mamo? – zapytała kiedy wszyscy zajadali się jajecznicą.
- Bardzo dobrze. – odparła uśmiechnięta. – Liczę na to, że niedługo będę mogła wrócić.
Ojciec zmierzył ją wzrokiem, jakby nie był zadowolony z tego, co przed chwilą powiedziała.
- Mam nadzieję, że będzie nam się wieść lepiej dzięki mojemu wyjazdowi. – dodała.
- Kupiłem sobie nową gitarę. – Ben zmienił temat.
- Oo, ciekawe. Chciałabym przyjść na twój koncert. – odparła serdecznie kiedy Lizzie zaczęła się krztusić. John zaczął klepać ją w plecy ale ta szybko odsunęła jego rękę.
- Nie. Nie trzeba. – odchrząknęła. – Ja, lepiej pójdę na górę. Jutro ważny dzień i naprawdę, wolałabym być wypoczęta. – wymusiła uśmiech i poszła na górę.
Wszyscy skierowali na nią wzrok kiedy Ben się odezwał:
- Trudno, więcej dla nas.

Lizzie coraz bardziej nienawidziła i zakochiwała się w Chadzie. Te dwa uczucia były ze sobą tak sprzeczne, że czasem poświęcała noce na rozmyślanie o jej specyficznym koledze. Koledze? Oni byli już prawie parą. Dziewczyna wiedziała czego on chce, ale nie była pewna czy ona ma na myśli to samo.
Kiedy próbowała usnąć nagle jej telefon zaczął dzwonić. Na ekranie widniał napis „Chad”.
- Słucham? – ziewnęła choć naprawdę cieszyła się że zadzwonił.
- Dzwonię, żeby pozdrowić twojego tatę, bardzo miły człowiek. – powiedział śmiesznie niskim głosem.
- Oh, tak? To chyba nie ten numer. – odparła śmiejąc się.
- To nie zabronił ci korzystać z telefonu po moim wyjściu? – zapiszczał.
- Chad, przestań. – zachichotała. – Mój ojciec taki jest, może jak go kiedyś bliżej poznasz to zmienisz zdanie.
- Od ciebie i tak się nie odczepię, więc może będzie okazja. – powiedział namiętnie.
- Chciałabym już tego sylwestra. – mruknęła.
- A ja chciałbym od ciebie jakiś prezent gwiazdkowy.
- Tak? A co byś chciał? – uśmiechnęła się do siebie.
- Skarpety… tak! Skarpety to jest to! – roześmiali się.
- Okej, masz jak w banku. – powiedziała po czym dość głośno ziewnęła. – Wiesz co, idę już spać. Ulotniłam się z rodzinnej kolacji żeby się wcześniej położyć, a gadam z tobą.
- Robimy to co chcemy. – zamruczał.
- Idę, Panie Kochasiu. Dobranoc.
- Dobranoc, Liz.

Chad przez cały ten czas stał pod jej balkonem z, wcześniej już wspomnianą, małą torebeczką. Zwinnie wsunął ją między słupki poręczy i wrócił do domu z cichą nadzieją, że prezent się spodoba.
Następnego dnia, z samego rana, Lizzie chcąc przymknąć drzwi na balkon zauważyła małą paczuszkę. Uśmiechnęła się do siebie i radośnie do niej podeszła zaglądając do środka. Znajdowała się tam średniej wielkości kula śnieżna, w środku, na ławce siedziała para właśnie się obejmująca. Dookoła były ustawione choinki z kolorowymi bombkami i jeden budynek. Po wstrząśnięciu kulą, cały obrazek pokrywał się puchatym śnieżkiem.
- Śliczne. – mruknęła.
- Lizzie! – usłyszała głos mamy. – Chodź mi pomożesz!
Dziewczyna spojrzała na siebie, bo była jeszcze w piżamie. Wróciła do pokoju, założyła szlafrok i z kulą w ręce powędrowała na dół.
Ben i tata byli w kurtkach i właśnie wychodzili.
- A wy gdzie? – zapytała.
- Po choinkę. Jedziesz z nami?
- O nie, nie. Ona zostaje ze mną i robimy potrawy na wigilię, tak? – odezwała się mama z kuchni.
- Właśnie. – odparła.
- To od Chada? – zaśmiał się brat kiedy zobaczył kulę.
- Może. – mruknęła.
Ojciec tylko zmierzył ją wzrokiem i momentalnie wyszli. Liz poszła do kuchni i postawiła prezent na blacie.
- Jest piękna, kochanie. – cmoknęła ją w czoło. – No to zabierajmy się do pracy.

W wieczór wigilijny Lizzie nie tknęła telefonu. Postanowiła, że kompletnie na ten magiczny czas odłączy się od znajomych i poświęci go rodzinie. Do domu zjechali się krewni z różnych stron. Ciocie, babcie, dziadkowie, kuzynki i tak dalej. Kiedy wszyscy, zostawiając w połowie pusty stół świąteczny, przesiedli się do salonu, w ramach większej wygody, Liz usadowiła się na fotelu obok ogromnej choinki, którą ojciec z Benem przywieźli rano. Wisiał na niej, jej ulubiony czerwony pajacyk, który dostała od babci, kiedy była jeszcze mała. Po chwili rozmyślań zerknęła na swoją liczną rodzinę, która wesoło gawędziła.
- Betty wyszła za Boba ostatnio…
- Naprawdę? Nasza Betty? – zapytała ciocia Britney.
- A Victor wyjechał do Londynu..
- Ah! Tego to zawsze ciągnęło do Europy.
Dziewczyna uśmiechnęła się i spojrzała za okno. Na niebie widniały malutkie, jasne gwiazdki. Siedząc w gronie rodziny, jednocześnie będąc duszą zupełnie gdzie indziej, przypomniała sobie dzieciństwo i te gwiazdozbiory…

niedziela, 13 listopada 2016

Rozdział 2

Poranek był wyjątkowo słoneczny, co nie wpłynęło dobrze na  dzisiejsze, nadwrażliwe oczy Lizzie. Bardzo szybko pożałowała, że wieczorem nie zasłoniła rolet. Przekręciła się na drugi bok, tak, aby leżeć tyłem do źródła światła.
- Cholera… - mruknęła przecierając oczy. Odczuwała wrażenie, jakby niczego nie piła od miesięcy. Przesunęła się do brzegu łóżka aby wymacać ręką wodę leżącą gdzieś na podłodze. Kiedy poczuła kształtną butelkę, prędko ją podniosła i pociągnęła ogromny łyk.
Kiedy zaspokoiła swoje pragnienie, podeszła do telefonu. Miała jedno nieodebrane połączenie.
Poczuła nieprzyjemne ukłucie w żołądku. Nawał myśli nawiedził jej obolałą głowę.
- Ben!! – krzyknęła i wybiegła z pokoju. Zaczęła walić do drzwi brata jednak odpowiedział jej jeden, głośny jęk.
- Boże, siostra, od godziny próbuję się zwlec z tego wyrka. Umieram. – wystękał.
- Wyłaź! – odczekała parę sekund aż w końcu brat łaskawie otworzył drzwi.
Lizzie zmierzyła go wzrokiem, tak samo jak Ben ją. Po chwili oboje wybuchli śmiechem.
- Wyglądasz jak „weź i wyjdź stąd”. – zaśmiała się.
- Ty nie lepiej! – odgryzł się. – A co to za pilna sprawa?
Jej uśmiech trochę zmętniał i wbiła wzrok w ziemię.
- Chad.
- Co Chad? – uniósł brwi.
- Wiesz coś na mój i jego temat? Czy wczoraj… czy my… czy ja i on… - nie mogła się wysłowić.
- O czym ty mówisz? Chad był wczoraj ze mną przez cały czas. – powiedział.
- Naprawdę? – przymrużyła oczy aby sobie coś przypomnieć.
- A nie czekaj…
- Co?! – złapała go za ramię.
- Z tego co pamiętam, to chyba pomógł ci dojść do pokoju, kiedy byłaś już nieźle wstawiona. – przetarł oczy.
- I tyle?
- Chyba tak. Kobieto, zajmowałem się sobą a nie tobą. – prychnął. – Chodźmy na dół lepiej.
Oboje zeszli do kuchni aby zobaczyć jak dużo mają do posprzątania przed jutrzejszym powrotem ojca z pracy. Lizzie widząc ogromny bałagan panujący na całym parterze ich domu momentalnie zapomniała o połączeniu od Chada. Ben spojrzał na siostrę i zrobił wielkie oczy.
- Ben? – odezwała się patrząc się w jeden punkt w salonie.
- Tak?
- Ty bierzesz to. – wskazała palcem na kąt pokoju.
Ben powędrował wzrokiem za palcem siostry. Cały róg pokoju, łącznie ze ścianą był ubrudzony wymiocinami.
- Dlaczego ja zawsze przegrywam… - poszli zrezygnowani do składziku na miotły i wyciągnęli sprzęt do czyszczenia.
Wieczorem dom wyglądał o wiele lepiej. Rodzeństwo posprzątało  każdy element domu, łącznie z własnymi pokojami i łazienką. O godzinie dwudziestej oboje siedzieli przed telewizorem i oglądali film.
- Kiedy macie próbę? – nagle odezwała się Lizzie.
- W poniedziałek, wieczorem. – odparł wkładając do ust kolejne ziarenko popcornu.
Dziewczyna uśmiechnęła się po kryjomu i kontynuowała oglądanie. Zaczęła zastanawiać się, czy oddzwonić do Chada. Szybko złapała za telefon i  wystukała jego numer. Nagle usłyszała jego głos:
- Halo?
- Dzięki.
Po krótkiej chwili dopowiedział:
- O, odezwałaś się. Za co?
- Za to, że mi pomogłeś. Nie zrobiłam nic niestosownego..?
- Zależy co uważać, za niestosowne.
Lizzie chwilę się zastanowiła. Przyszło jej do głowy, że Chad może sobie z niej kpić i wmawiać jej coś, czego tak naprawdę nie zrobiła. W końcu to byłoby do niego podobne.
- Po prostu powiedz.
- Taka bardziej mi się podobasz.
- To znaczy?
- Nie pod wpływem alkoholu.
- Dobranoc.
- Kolorowych.
Liz głośno westchnęła i wstała z kanapy informując brata, że chce położyć się wcześniej spać. Powoli ruszyła do pokoju i położyła się na łóżku. Jeszcze przez chwilę oglądała album ze zdjęciami od przyjaciółek ale nie dotarła do końca, ponieważ odurzył ją sen.
Następnego dnia do domu wrócił ojciec. Przekonanie firmy z Chicago zakończyło się powodzeniem więc miał dobry humor i postanowił wykorzystać go na wolny dzień z dziećmi. Lizzie i Ben byli z tego powodu zadowoleni, ponieważ dawno nie spędzali czasu z rodzicami, w szczególności z tatą. Po południu wybrali się do kina, na film o tematyce kryminalnej, a wieczorem wyszli na festyn, który został zorganizowany z okazji dni miasta.
- Co dziś grają? – zapytał Jeremy.
- Chyba Stereo przyjechali, jako gwiazda wieczoru. – Ben próbował przekrzyczeć głośną muzykę.
- Was nie wzięli? – uśmiechnął się.
- A właśnie, coś wspominałeś. – wtrąciła się Lizzie.
- Nie gramy na tego typu festynach. – odparł kpiąco.
- No tak, wielkie gwiazdy. – Lizzie poklepała go po ramieniu i wszyscy się zaśmiali.
Cały wieczór spędzili na słuchaniu dobrego, mocnego rocka. Był to ulubiony styl ich wszystkich, dlatego każdy wrócił do domu zadowolony.
Kiedy nadszedł poniedziałek wszystko wróciło do normy. Jeremy  znowu poszedł do pracy, zapominając o wszystkich domowych obowiązkach, Lizzie i Ben znów zawitali w szkole.
- Liz! W ogóle nie odzywałaś się od imprezy. – złapała ją na korytarzu Vanessa.
- O, hej. – uśmiechnęła się. – Całą sobotę miałam zajętą sprzątaniem.
- Mogłaś zadzwonić, pomogłabym.
- Nie chciałabyś tego widzieć. – zaśmiała się. – Byłaś wczoraj na koncercie?
- Na Stereo? Nie, nie mogłam. Musiałam jechać do babci. Okropne nudy. – przetarła oczy.
Kiedy szły korytarzem Lizzie od razu w oczy rzuciła się znajoma postać. Chad stał z jej bratem i chłopakiem z zespołu obok pokoju nauczycielskiego. Kiedy tylko na nią spojrzał, prędko odwróciła wzrok.
- Łał, co to było? – wyszczerzyła się.
- Co? – spytała zakłopotana.
- To.. – wskazała palcem na punkt za jej plecami i się oddaliła.
- O co ci chodzi? – odparła jednak koleżanka zniknęła już za rogiem korytarza. W tym momencie usłyszała za sobą głos.
- Cześć, Lizzie.
Serce łomotało jej jak oszalałe. Nie wiedziała jeszcze jak zareagować, ale odwróciła się.
- Hej.. – powiedziała tak cicho, że prawie był to szept.
- Może… - zaczął jednak przerwała mu.
- Chciałam ci jeszcze raz podziękować. Wiesz, telefon to nie wszystko. – założyła kosmyk włosów za ucho. – Gdyby nie ty, totalnie poniżyłabym się przed znajomymi brata..
- Nie ma za co. – uśmiechnął się, tym razem inaczej niż przedtem.
- Co chciałeś powiedzieć?
Zaśmiał się.
- Jeśli pozwolisz, jaśnie pani, która zazwyczaj nie wyraża zgody na podejmowanie jakichkolwiek kroków w swoim kierunku, może mogłabyś gdzieś wyskoczyć?
Słowa Chada bardzo zawstydziły Lizzie. Mimo tego, iż nigdy wcześniej nie przyszło by jej namyśl, aby zaznajomić się z kimś takim jak on, coś podpowiadało jej aby się zgodzić na to spotkanie.
- Kiedy? – zapytała po chwili.
- Dziś mieliśmy mieć próbę u was, ale jest koncert zespołów rockowych i tam występujemy. No wiesz, w ostatniej chwili się dowiedzieliśmy i tak wszyło. Wpadniesz?
- Czemu nie. – odparła udając obojętność.
- Brat pewnie ci powie o której i gdzie, najlepiej, żebyś nie szła sama. – dodał.
- Dlaczego? Nie mam przecież trzynastu lat. – zaśmiała się.
- Jeszcze coś ci się stanie. – dosłownie na sekundę złapał ją za rękę po czym wrócił do swoich kumpli.
Lizzie jeszcze przez chwilę wpatrywała się w chłopaka, kiedy podeszła do niej Ann.
- Hej, masz może pracę domową z polskiego?


Dziewczyna wróciła do domu z głową w chmurach. Myślała w co się ubrać, jak uczesać i co przede wszystkich: jak się zachowywać. Bała się, że nie przypadnie szalonemu towarzystwu brata do gustu i ten wieczór będzie porażką. Kiedy siedziała w pokoju w górze pełnej ubrań, do pokoju wpadł Ben.
- Cholera.. – mruknął rozglądając się po pomieszczeniu. – Sorry Liz, ale idę wcześniej, chłopaki zwołali próbę i będziesz musiała iść sama… ewentualnie weź jakąś koleżankę.
- Okej. – odparła nie do końca analizując to co brat do niej powiedział.
- Dobra, to na razie!
Minęła godzina,  czyli jeszcze jedna godzina do rozpoczęcia koncertu. Lizzie była prawie gotowa. W momencie kiedy zeszła na dół w celu wybrania butów, do domu wszedł Jeremy. Pijany.
- Tato? – zapytała niepewnie.
- O, Lizzie… - mruknął. – Byłem na spotkaniu w pracy… uczciliśmy naszą wygraną… wiesz? – wybełkotał.
- Wychodzę, tato. – powiedziała zmartwiona.
- Nigdzie nie idziesz.. – zagrodził jej drzwi.
- Słucham? – zmrużyła oczy. – Możesz się odsunąć?
- Powiedziałem, nigdzie nie idziesz! – podniósł głos, aż Liz się wzdrygnęła.
- Ale tato…
- Już mi to pokoju! – ryknął a dziewczynie stanęły łzy w oczach.
- Jesteś okropny! – pobiegła z powrotem na górę i położyła się na łóżku zalewając się łzami.
Wiedziała, że nie uda jej się wyjść, kiedy ojciec jest na dole. Podeszła więc do telefonu i zdzwoniła do Chada.
- Nie mogę przyjść. Przepraszam.
- Coś się stało?
Lizzie nie chciała drążyć tematu, więc odłożyła telefon i ukryła twarz w poduszce. Po dłuższym czasie przebrała się w codzienne ubrania i wyszła na balkon. Wieczór był bardzo ciepły, więc usiadła przy brzegu i wzięła do rąk ulubioną książkę. Co chwilę zerkała na telefon, sprawdzając godzinę i żałując, że w tym momencie nie może być na koncercie.

Był środek nocy a Liz wcale nie mogła spać. Dopiero przed chwilą przestała słyszeć przekleństwa i hałas dochodzący z kuchni, który powodował pijany tata. Dziewczyna bardzo nie lubiła, kiedy Jeremy był pod wpływem alkoholu. Zazwyczaj to Ben go uspokajał, ale nie dziś.
Kiedy dźwięki kompletnie ucichły, postanowiła pójść się wykąpać. Wstała, ostatni raz spojrzała na podwórko, nie wiedząc, że kogoś tam zauważy.
- Hej! – szepnął cień zbliżający się w stronę balkonu.
- Kto tam? – odparła zaniepokojona.
- To ja… - kiedy podszedł bliżej poznała Chada.
- Co Ty tu robisz? Nie powinieneś być na koncercie?
 - Zagraliśmy swoje i postanowiłem sprawdzić co u ciebie marudo. – pokazał język a Lizzie się zaśmiała. – Chodź, zabiorę cię gdzieś.
- O tej porze? – zdziwiła się. – Jest za późno, ojciec… - zamlikła.
- Nie musi wiedzieć. – puścił jej oczko.
Spojrzała na zarośla, które rosły obok jej balkonu, po których Chad wspinał się parę dni wcześniej.
- A więc mówisz, że to jest wytrzymałe? – wskazała na nie palcem.
Chad podrapał się po czubku głowy.
- Skoro dalej żyję, to raczej tak. – powiedział. – W razie czego złapię cię. – zaśmiał się i staną blisko ściany domu.
Lizzie przekroczyła poręcz ogradzającą balkon i prędko złapała się gałęzi. Zaczęła powoli po nich schodzić, jednak w pewnym momencie noga jej się ześlizgnęła, przez co lekko spanikowała.
- Cholera! – syknęła a serce zaczęło jej walić.
- Jestem na dole! Nie bój się. – usłyszała pokrzepiający głos kolegi.
Dziewczyna nagle wpadła na dość ryzykowny pomysł i puściła gałęzie. W mgnieniu oka poczuła na sobie silne ręce Chada.
- Złapałeś. – wyszeptała patrząc na niego.
- Zrobiłaś to celowo? – postawił ją.
-Tak się zarzekałeś, to spróbowałam. – zaśmiała się.
- O nie. Nie wybaczę, chciałaś mnie sprawdzić! – zaczął ją łaskotać a Lizzie nie mogła przestać się śmiać.
- Czekaj, puść! – odsunęła go. – Chodźmy stąd, bo mój tata usłyszy. – powiedziała ciszej i oboje pobiegli w stronę ulicy. – Masz gitarę? – spojrzała na czarny pokrowiec znajdujący się na plecach chłopaka.
- To kolegi, poprosił żebym mu ją przechował. – odparł.
- Umiesz grać? – zainteresowała się.
- Moja specjalność to bębny.
- Wiem, ale pytam, czy umiesz grać.
- Trochę. – skrzywił się patrząc na nią.
- Chodźmy nad jezioro, może mi coś zagrasz? – przygryzła wargi.
Zaśmiał się.
- Dobrze, złośnico.
Lizzie poczuła, że Chad jednak nie jest taki zły. To fajny koleś, który czasem próbuje zgrywać twardziela. Nie przepadała za tym „zbyt pewnym siebie” chłopakiem, ale najwidoczniej taka jego natura. Teraz przebywała z nim sam na sam i miała zamiar dobrze się bawić. Opuściła ich koncert, więc należy jej się zadośćuczynienie.
Po drodze za wiele nie rozmawiali, ale natura Chada była bardzo wymagająca. Nie lubił za wiele się odzywać, zazwyczaj okazywał to czego chce. I jak wiadomo, lubił dominować.
- Powiedz coś o sobie. – odezwał się chłopak, kiedy oboje usiedli na drewnianym pomoście, na brzegu jeziora.
- Miałeś mi coś zagrać. – skrzyżowała ręce.
Przewrócił oczami nie wykazując chęci.
- Skoro już mnie namówiłeś, abym z tobą gdzieś wyszła… proszę bardzo. – uniosła brwi i oparła się rękami.
Chwilę się zastanowił i wyjął gitarę z pokrowca.
- Nie odpowiadam za utratę słuchu. – zacisnął usta w wąską linię.
Dosłownie z jednego nieco brutalnego, pewnego siebie i swoich celów chłopaka, Chad przerodził się w dojrzałego mężczyznę, który wiedział co robi. Zaczął grać, jego głos brzmiał bardzo melodyjnie ale zadziornie. Lizzie słuchała jak zaczarowana. Śpiewał piosenkę o utracie miłości i dążeniu do swoich cennych wartości. W mgnieniu oka zmieniła zdanie na jego temat. Kiedy skończył, Liz siedziała z ogromnym uśmiechem na ustach.
- To było… - westchnęła. – Dlaczego nie grasz? Nie śpiewasz? – zapytała. – Powinieneś być wokalistą.
- Bez przesady. – mruknął od niechcenia. – Kocham to co robię, niczego więcej nie chcę.
- Szkoda.. – spojrzała na swoje odbicie w tafli wody.
- Szkoda, że się spełniam? – zdziwił się.
- Nie, nie. Mam na myśli, szkoda, że chowasz coś takiego. Masz piękny głos. – mówiąc to lekko się zarumieniła.
Chłopak się
uśmiechnął, ujawniając swoje dołeczki. Ciągle na nią patrzył i obserwował każdy jej ruch.
- Co? – wytrzeszczyła swoje duże
 oczy.
- Ładnie wyglądasz. – odparł wymijająco i wstał.
Prychnęła cicho i poszła w ślady za nim.
- Dlaczego ty tak wstydzisz się mówić o sobie? O uczuciach… - spojrzała na niego.
- Stwierdziłem tylko, że dobrze wyglądasz. – wzruszył ramionami.
- Ale przecież… - zaczęła jednak on zatkał jej usta. Patrząc jej prosto w oczy uniósł palca lewej ręki i lekko nim potrząsając powiedział:
- Cicho.
Odszedł parę kroków i zerwał kępkę rosnących obok, malutkich kwiatów.
- To są niezapominajki. – wcisnął bukiecik do jej  ręki. – Daję ci je, abyś mnie nigdy nie zapomniała. – powiedział szeptem.
- Czy Ty coś sugerujesz? – spojrzała na niebieskie kwiatuszki.
- Chcę żebyś się wreszcie zamknęła. – powiedział z poważną miną po czym się roześmiał a Lizzie poszła w jego ślady. – Ale mówię serio. – dodał zaraz.
- Pierwszy raz słyszę, coś takiego od chłopaka. Zapamiętam twoją arogancję. – pokazała mu język i ruszyła w stronę ulicy.
Chad ciągle się śmiejąc krzyknął:
- Hej, ale gdzie idziesz?
- Już bardzo późno, ojciec będzie zły. – poczuła ukłucie w sercu, kiedy przypomniała sobie, że nie jest on do końca trzeźwy. Odwróciła się z ogromną nadzieją, że już śpi i jutro wszystko wróci do porządku.
- Pójdę z tobą. – podbiegł łapiąc ją w talii.
Lizzie uśmiechnęła się i poklepała go po policzku.
- Chad, ty draniu.
- Liz, marudo. – pokazał jej język i ruszyli w stronę domu dziewczyny.

wtorek, 1 listopada 2016

Rozdział 1

Lizzie siedziała w swoim pokoju i próbowała skupić się na nauce do jutrzejszego sprawdzianu z historii, jednak jej brat miał w garażu próbę i nie słyszała nic, prócz głośnych dźwięków granej przez niego muzyki.
- Ben! – krzyknęła tracąc cierpliwość. – Ben! – powtórzyła, tym razem zamykając gwałtownie książkę. Nikt jej nie odpowiedział, więc wstała i bardzo głośno tupiąc ruszyła w stronę garażu.
Huk otwieranych drzwi nie wzruszył chłopaków, dlatego dziewczyna szybkim ruchem odłączyła kabel od gniazdka.
- Co ty robisz?! – spiorunował ją wzrokiem brat.
Lizzie stanęła na środku pomieszczenia, założyła ręce na biodra i wlepiła wzrok w Bena.
- Jutro mam bardzo ważny sprawdzian z historii i wcale nie mam zamiaru go zawalić. To jest ostatnia klasa liceum a wy nie dajecie mi szansy się niczego nauczyć!
- Wyluzuj mała. – zaśmiał się chłopak stojący przy klawiszach.
- Słucham? – zrobiła dwa kroki do przodu jednak brat ją zatrzymał.
- Liz… nie rób mi siary. – szepnął i spojrzał jej głęboko w oczy.
- Chcę przypomnieć, że ty również jesteś w ostatniej klasie.
- I co z tego? – przewrócił oczami.
- Radzę wziąć się za naukę. Co mówiła mama?
- Mam to gdzieś… - przymknął oczy powoli tracąc cierpliwość.
- Ben, obiecałeś… - zacisnęła zęby.
- Słuchaj, mama wyjechała i nie wiadomo czy wróci w przyszłym roku. Ona też obiecywała, że będzie układać się lepiej, a wcale tak nie jest. Tata ledwo daje radę.
Lizzie rozejrzała się po pomieszczeniu bacznie obserwując każdego z członków zespołu. Jej wzrok zatrzymał się na ostatnim z nich, czyli perkusiście. Puścił jej oczko i uśmiechnął się arogancko. Dziewczyna w odpowiedzi pokazała mu środkowy palec i wróciła myślami do brata.
- Macie to ściszyć. – po tych słowach wymaszerowała z garażu i wróciła do swojego błękitnego pokoju. Wzięła książkę i chwilę się zamyśliła. Zaczęła wysłuchiwać. Muzyka umilkła. Usatysfakcjonowana otworzyła ponownie książkę i kontynuowała naukę.

- Niezła laska z tej twojej siostry. – zaśmiał się John.
- Przestań. Z takimi lepiej nie zadzierać. – machnął ręką Ben i zaczął składać sprzęt.
- A to dlaczego? Może lubię takie „niedostępne”. – szturchnął ręką Chada który siedział przy perkusji i głośno rechotał.
- Serio, stary. To dziewczyna nie dla ciebie. – przewrócił oczami. – Spadajcie już, niedługo mój ojciec wraca.
- No co ty. – zabuczał klawiszowiec.
- On ma rację. Idziemy. – powiedział Chad, wstał i pociągnął za sobą Johna i Zacka. – Narka. – pomachali mu wszyscy trzej i zniknęli za zielonymi murami żywopłotu.
- Nara. – mruknął zawijając kable od gitary.

Lizzie ostatnimi czasy mocno skupiała się na nauce, ponieważ studia były początkiem jej przyszłości. Jej brat, Ben, nie do końca się tym przejmował. W jego głowie znajdowało się miejsce jedynie na muzykę i zespół – wszystko inne miał daleko gdzieś.
Następnego dnia, dziewczynę obudziła głośna rozmowa jej ojca. Przecierając oczy powoli wstała z łóżka i ubrała jasnoróżowy szlafrok. Prędko wsunęła stopy w puszyste klapki i poszła do kuchni.
- Ale jakim cudem?! Przecież wczoraj wszystko sprawdzałem, niemożliwe. – ojciec spojrzał na córkę i dodał pospiesznie. – Dobra. Zaraz będę.
- Co jest? – Liz usiadła na wysokim krześle przy barku i nalała sobie szklankę soku pomarańczowego.
- Problemy w pracy. – machnął obojętnie ręką. – Tutaj masz dziesięć dolców, drugie leży tam, dla twojego brata. Kupcie sobie coś w szkole, nie miałem czasu na przygotowanie śniadania.
- Jasne. – mruknęła.
- Przepraszam, skarbie. Do zobaczenia. – cmoknął ją w czubek głowy i łapiąc czarną walizkę po drodze wyszedł z domu.
Lizzie wróciła do pokoju i w szybkim tempie ogarnęła swój wygląd, co chwilę spoglądając na zegarek. Kiedy była już gotowa, zauważyła, że jej brat nadal nie wylągł się z pokoju. Głośno zapukała do drzwi i powiedziała:
- Ben! Spóźnimy się na autobus!
- Już wstaję… - mruknął tak cicho, że ledwie go usłyszała.
- Nie będę na ciebie czekać. – liczyła na coś w stylu „dobrze, już idę” ale odpowiedziała jej cisza. Obojętna dziewczyna wyszła z domu kierując się w stronę przystanku.
Jej oczom ukazała się szczupła, ale kształtna sylwetka młodego chłopaka. Z każdym krokiem w jej stronę, coraz bardziej rozpoznawała postać. To był Chad. Kolega jej wkurzającego brata.
- O, cześć. – uśmiechnął się kpiąco.
Lizzie z natury była nieustępliwa i dość niedostępna dlatego nie odpowiedziała mu.
- Zawsze chodzisz taka naburmuszona? – zaśmiał się.
W pewnym momencie zadzwonił jej telefon. Zmierzyła Chada wzrokiem i sięgnęła do kieszeni. Zanim jednak zdążyła odebrać, chłopak wyrwał jej telefon z ręki.
- Oddawaj! – krzyknęła przerażona.
- Sama sobie weź. – chłopak śmiał się głośno, z niskiej dziewczyny, która bezskutecznie próbowała odebrać mu jej własność.
- Gdyby Ben tutaj był nie odważyłbyś się tego zrobić. – warknęła.
- On też za tobą nie przepada. – uśmiechnął się arogancko i przycisnął dziewczynę do przezroczystej ściany przystanku. Serce zaczęło bić jej szybciej z poczucia bliskości jego twarzy przy jej. Odległość między nimi była tak minimalna, że niemalże jego dłuższe włosy dotykały jej policzka. Lizzie jednak nadal patrzyła na niego ze złością i próbowała odepchnąć.
- Masz ładne oczy, nie musisz ich tak mrużyć. – w tym momencie podjechał żółty autobus. Chłopak wypuścił Lizzie z żelaznego uścisku i podał jej telefon. Wzięła go szarpiąc jego rękę i wsiadła do autobusu zajmując miejsce obok swojej przyjaciółki. Chłopak lekko zagryzł wargi i wsiadł do auta zaraz za nią. Usiadł jednak na samym końcu i nie znajdował się w jej polu widzenia.
- Co za dupek. – syknęła sprawdzając kto dzwonił.
- Kto? – zapytała Vanessa.
- A kto? Chad, idiota. Myśli, że może mieć każdą. – okazało się, że nieodebrane połączenie jest od Bena.
- Ten co gra z twoim bratem w zespole? – dalej wypytywała jednak Liz jej nie udzieliła odpowiedzi. Do końca drogi wpatrywała się w widoki za oknem nie mając pojęcia, że ciągle ktoś ma ją na oku.
W końcu dojechali do szkoły. Niepodświadomie wyszukiwała twarzy Chada na rynku szkoły, jednak go nie znalazła.
Po udanym sprawdzianie z historii, humor Lizzie znacznie się poprawił. Dziewczyna wyszła z klasy rozpromieniona.
- Słyszałam, że twój brat robi osiemnastkę… - powiedziała cicho Vanessa. – Będę zaproszona, prawda? – wyszczerzyła się.
- Pewnie, że będziesz, ale do mnie też. – odparła. – Tylko do tej pory nie wierzę, że tata mu na to pozwolił.
- Dlaczego? Może po prostu mu ufa. – pociągnęła łyk wody z plastikowej butelki.
- Nie będzie go przez weekend. – dodała.
- Tym lepiej. – zaśmiała się i klepnęła Lizzie w ramię. – Chodź, bo spóźnimy się na chemię.

Lizzie miała urodziny tego samego dnia, co jej brat. Jednak ona chciała zaprosić małą grupkę znajomych, a raczej koleżanek, w przeciwieństwie do jej brata, który preferował głośne imprezy do rana.
- Liz! Pomóż! – usłyszała krzyk brata z kuchni.
- Co jest?
- Alkohol nie mieści się w lodówce. – chłopak patrzył na parę zgrzewek napoju z wielkim przerażeniem.
- Po co tyle tego kupiłeś? I w ogóle skąd to masz? – zdziwiła się.
- Erni sprzedaje na rogu. – odparł od niechcenia. – Mniejsza z tym. Pomóż mi to jakoś pomieścić.
- Późno się do tego zabrałeś. – spojrzała na zegarek. – Za dwie godziny zaczyna się impreza.
- A właśnie. Co do tego.. – podszedł i położył ręce na jej ramionach. – Siostra, wiem, że nie lubisz takich imprez… - Lizzie patrzyła na niego z nutką zmieszania, ale naprawdę zaczęła wierzyć w to, że jej brat szczerze ją przeprosi, jednak… - Więc mogłabyś siedzieć u siebie w pokoju i być cicho? – uśmiechnął się prosząco.
- Jesteś idiotą. – mruknęła, strzepnęła jego ręce i ruszyła w stronę pokoju.
- Ja ciebie też!
Lizzie uznała, że być może pomysł brata nie jest taki zły. Zaprosiła trzy najlepsze przyjaciółki, przygotowała skromny poczęstunek, urządziła swój pokój, przystrajając go różowymi i niebieskimi światełkami. Zgrała parę filmów na laptopa, ubrała ulubioną piżamę, w postaci koszuli nocnej i zaczekała na gości. Tymczasem, w całym domu oprócz jej cichego pokoju, trwała balanga. Na szczęście każde pomieszczenie odizolowywało się od innych, za pomocą grubych ścian i muzyka, która była grana, w niewielkim stopniu wpadała do pokoju.
Dziewczyna co chwilę spoglądała na zegarek, wybiła równa dziewiętnasta. W tym samym czasie usłyszała pukanie do drzwi pokoju.
- Niespodzianka! – dziewczyny wpadły do pokoju całe wystrojone.
- Hej. – uśmiechnęła się. – Co wy… - zmierzyła je wzrokiem.
- A co ty? – zrobiły to samo.
- Sądziłam, że zrobimy sobie coś w stylu „piżama party”? – wstała z łóżka.
- Ale tam jest… - Ann spojrzała w stronę drzwi tęsknym wzrokiem.
- Nie, możemy zostać. Fajnie będzie. – podeszła Vanessa i postawiła obok łóżka prezent, wymuszając uśmiech.
Lizzie zagryzła wargi i wbiła wzrok w podłogę.
- Możecie iść. – powiedziała po dłuższej chwili.
- Przecież to twoje urodziny, i na dodatek osiemnaste!
- Dziewczyny, widzę, że chcecie iść na imprezę. Idźcie. Ja posiedzę tutaj, nie mam ochoty na jakieś szalone wybryki. - dziewczyny patrzyły na nią bez słowa. – No już! – machnęła ręką a znajome w ciszy wyszły z pokoju. Lizzie było bardzo przykro ale starała się tego nie okazywać. Zamknęła drzwi na klucz, po czym usiadła na łóżku, wzięła swoją ulubioną książkę i pogodziła się z faktem, że swoje osiemnaste urodziny spędzi w samotności.
Minęły jakieś 3 godziny od początku imprezy Bena. W pewnym momencie usłyszała głośny śmiech z dworu. Odłożyła książkę i wyszła na mały balkonik. Na dole stało trzech chłopaków. W mgnieniu oka rozpoznała między nimi Chada, który miał na sobie czarną koszulę i spodnie, srebrny wisiorek w kształcie skrzydła oraz ciemne buty. Dziewczyna bacznie mu się przyglądała i nie zauważyła, że chłopcy się zorientowali.
- Uuu, kogo my tu mamy? – ryknął jeden z nich. – Księżniczka zamknięta w pokoju?
- Znam ją, to siostra Bena. – odparł Chad. – Cześć kochanie! – zaśmiał się i jej pomachał.
- Mój brat nie myśli zdrowo, skoro koleguje się z kimś takim jak wy! – odparła ze złością dziewczyna.
- Uważaj, bo jeśli tam do ciebie wejdę! – pogroził palcem Chad.
- Drzwi są zamknięte. – powiedziała chcąc odejść jednak chłopak kontynuował.
- A kto powiedział coś o drzwiach? Wejdę i tędy. – wszyscy trzej się roześmiali. – Wysoko to nie jest! – dodał.
- Nawet nie próbuj! – powiedziała z lekkim niepokojem.
- Okej! Wchodzę! – dziewczyna ciągle stała na balkonie przyglądając się całej akcji. Nie wierzyła, że Chad wejdzie do jej pokoju, do momentu, kiedy przekroczył poręcz ogradzającą balkon. Lizzie rzuciła się w stronę pokoju aby szybko zamknąć drzwi oddzielające balkon od reszty domu ale nie zdążyła, ponieważ w ostatniej chwili Chad przycisnął rękę do szyby i mocno popchnął. Liz się cofnęła i zalała ją fala frustracji.
- I po co tu wlazłeś? Spadaj! – przywitała go.
- Ładna piżamka. – uśmiechnął się arogancko zmierzając ją wzrokiem.
Patrzyła na niego spod byka, jednak poczuła jak jej policzki robią się ciepłe.
- Aż tak mnie nie lubisz? Nie wierzę. Te rumieńce cię zdradzają. – dotknął jej lewej strony twarzy. Lizzie chciała się cofnąć ale nie miała już gdzie. Lekko przymknęła oczy i powiedziała:
- Nie dotykaj mnie. Wyjdź stąd. – ciężko było jej złapać oddech. Ta jego bliskość obierała jej resztki powietrza, czuła te same perfumy, co parę dni temu na przystanku.
- Przecież dobrze wiesz, że nie wyjdę. – zaśmiał się cicho.
- Dlaczego przyczepiłeś się do mnie? – zmierzyła go wzrokiem.
- Może podobają mi się takie marudy? – kiedy się uśmiechał, na jego policzkach pojawiały się dołeczki, które kompletnie zmieniały charakter jego twarzy.
- Nie umiesz komplementować dziewczyn. – uniosła brwi do góry.
- Jesteś śliczna. – powiedział a Liz szybciej zabiło serce. – Lepiej?
Patrzyła w jego ciemne oczy i próbowała się czegoś doszukać. Nie wiedziała czego, ale liczyła, że uda jej się rozgryźć to, co Chad ma na myśli chodząc za nią.
- I co? Nadal mam wyjść? – złapał ją za rękę. Dziewczyna prędko ją wyrwała.
- Tak… - szepnęła. – To znaczy, tak. I to natychmiast. – zaczęła szukać klucza w małej szufladce.
- Jednak jesteś marudą. – roześmiał się.
Dziewczyna znalazła kluczyk i ze smętną miną otworzyła mu drzwi od pokoju.
- Proszę. – warknęła.
Kolega brata powoli wyszedł z pokoju kiedy Liz się odezwała:
- Hej!
Odwrócił się i zerknął na nią.
- Już nie wracaj. – powiedziała z wymuszonym uśmiechem i zatrzasnęła drzwi.
Stanęła zaraz za nimi i wsłuchiwała się w głośne bicie serca. Uśmiechnęła się sama do siebie i spojrzała na wielkie czerwone pudełko stojące obok łóżka. Powoli do niego podeszła i odwiązała kokardę. W środku znalazła jasnofioletową sukienkę, na którą już od pewnego czasu Liz miała chrapkę, śmieszną kartkę z życzeniami, ogromną ilość słodyczy i duży, zielony album z ich wspólnymi zdjęciami z ostatnich trzech lat.
- Kochane… - mruknęła tak cicho, że aż sama zdziwiła się tym co powiedziała. Przed chwilą była zła na swoje przyjaciółki, ale w tym momencie nie miało to znaczenia. Miała ochotę wyjść i pójść do swoich znajomych, którzy dobrze bawili się za drzwiami.
- To też moje urodziny i mam prawo do zabawy. – powiedziała stanowczo i wzięła się do pracy. Założyła granatową, krótką sukienkę i zastosowała mocny makijaż. Włosy wyprostowała i założyła buty na koturnie. Zadowolona otworzyła drzwi i powędrowała na dół, na imprezę. Kiedy schodziła po schodach od razu poczuła na sobie wzrok niektórych gości, w tym przyjaciółek i Bena.
- Co tu robisz? – podszedł do niej i zapytał.
- To nie tylko twoje urodziny. Chyba mogę poszaleć? – uśmiechnęła się znacząco.
Ben od razu zrozumiał o co jej chodzi i wiedział, że siostra nie będzie nudzić. Wyszczerzył się szeroko i odparł:
- Bawimy się ludzie! – muzyka zadudniła jeszcze głośniej. W domu zapanował chaos a Lizzie nie miała zamiaru z tego nie skorzystać. W międzyczasie odnalazła Vanessę, Ann i Emmę. Zabawa poszła na całego. Wypiła parę butelek piwa, dwa kieliszki wódki i kilka drinków. Powoli zaczynała tracić kontrolę nad zasięgiem i ostrością swojego wzroku. Parę razy się zachwiała, w końcu tak bardzo, że Ann musiała ją złapać.
- Chyba trochę przesadziłaś, Liz. – stwierdziła krzywiąc się.
- Przestań.. – fuknęła i próbowała odczepić koleżankę.
- Chodź, idziemy do twojego pokoju. – wzięła ją pod ramię, ale Lizzie nie mogła utrzymać się na nogach, co utrudniało dziewczynie przetarganie jej choćby parę kroków.
- Niedobrze mi. – zakryła ręką usta. W tym momencie poczuła silne ramię z drugiej strony. – Oh, Chad… - westchnęła i znów powstrzymała odruch wymiotny.
- Wezmę ją do łazienki. – powiedział do Ann. Ta z reguły była nieśmiała dlatego szybko odskoczyła od przyjaciółki ciągle im się przyglądając.
- Często za nią łazi, nie? – zagadała do Bena.
- Kto? – zapytał popijając drinka.
Spojrzała na niego i chwilę się zastanowiła.
- Daj mi to. – wyrwała mu kubek i powędrowała do Vanessy i Emmy.

Chad wziął Lizzie na ręce i zaniósł ją do łazienki.
- Dlaczego dotykasz mnie bez mojej zgody? – spojrzała na niego mętnym wzrokiem po czym wybuchła śmiechem. – Dalej mi niedobrze… - w ostatniej chwili posadził ją przed toaletą przytrzymując jej włosy. Nastolatka w krótkiej chwili zwróciła całe wnętrze jej żołądka.
- Daj… - wskazała ręką na wieszaki, gdzie znajdowały się kolorowe ręczniki. Chad szybko ściągnął jeden i jej podał. Wytarła całą twarz i spróbowała wstać.
- Idziesz do pokoju. – powiedział chłopak.
- To moje urodziny… mój dom. Idę na imprezę! – zaśpiewała głośno i chwiejąc się ruszyła w stronę drzwi.
Chłopak podszedł do niej szybko i powtórnie biorąc ją na ręce zaniósł do pokoju i położył na łóżku.
- Masz tutaj zostać. – powiedział z lekkim uśmiechem. – Jakie to dziwne, dopiero nie byłaś taka gadatliwa.
- Co ten alkohol robi z ludźmi. – zarechotała głośno. – Chodź tu. – poklepała miejsce obok siebie szczerząc się do niego.
- Masz iść spać i to już. Twoja główka jest za słaba na takie ilości alkoholu. – puścił jej oczko.
- Podejdziesz na chwilę? – wybełkotała.
Chad głośno westchnął i usiadł na brzegu łóżka. Lizzie ciągle mu się przyglądała aż w końcu, zupełnie niespodziewanie go pocałowała. Dość namiętnie i zaborczo. W szybkim tempie ją od siebie odczepił i wstał.
- Dość tego, musisz iść spać. Na razie. – pomachał jej i wyszedł z pokoju.
- Dupek! – krzyknęła za nim i głośno się śmiejąc przykryła się kołdrą. Po dziesięciu minutach zasnęła.
Na dole impreza trwała jeszcze dwie godziny, później wszyscy się rozeszli. Dom został opuszczony w tragicznym stanie, jednak o trzeciej nad ranem nikogo to nie obchodziło. Ben pożegnał ostatnich gości i sam powędrował do swojego pokoju.

poniedziałek, 31 października 2016

Prolog

- Cześć, babciu! – powiedziała Victoria otwierając stare, drewniane drzwi.
- Witaj.  Co cię do mnie sprowadza? – odparła staruszka bujając się na wiklinowym fotelu.
- Kupiłam Ci leki, jak prosiłaś. – uśmiechnęła się i położyła jasną reklamówkę na stoliku w kuchni.
- Ah, no tak. Pamięć już nie ta. – machnęła ręką. – Może zostałabyś na ciasto? Upiekłam twoje ulubione.
- Bardzo bym chciała, ale… - wnuczka lekko się zarumieniła. – Umówiłam się.
Staruszka, nie chcąc wprowadzać w jeszcze większe zakłopotanie młodej dziewczyny uśmiechnęła się serdecznie i lekko skinęła głową.
- Rozumiem. Wierz lub nie, ale za mną też chłopcy się uganiali. – zachichotała. – Zwłaszcza taki jeden.
- Zapewne dziadzio? – spojrzała rozczulająco.
Babcia chwilowo się zamyśliła. Jej wzrok skierował się w stronę okna. Niebo było jasnoniebieskie, nieskazitelne, ani jednej chmury. Poczuła w sercu nieprzyjemne ukłucie i znów przyjrzała się wnuczce, która stała wyczekująco u progu drzwi do salonu.
- Tak, kochanie. – ocknęła się nagle. – Idź już, bo chłopcy nie lubią spóźnialskich dziewczyn. – zaśmiała się.
- Jak kocha, to poczeka. – mrugnęła Victoria i skierowała się do wyjścia. Jednak zanim wyszła, uznała, że dawno nie rozmawiała z babcią i wypadało by w końcu ją odwiedzić. – Babciu?
- Tak? – uniosła swoje, już siwe, brwi.
- Może wpadnę wieczorem?
- Oczywiście. Schowam ciasto do lodówki, abyś mogła później go skosztować. Cieszę się, że jednak się zdecydowałaś. – wstała z krzesła i powoli ruszyła do kuchni.
- Super, to do zobaczenia. – Victoria pospiesznie podeszła do staruszki, pocałowała ją w policzek i zadowolona z siebie powędrowała na spotkanie z nowo poznanym chłopakiem. 



* * *


Wieczorem, staruszka wyciągnęła szarlotkę i pokroiła ją na dwa, równe kawałki. Przygotowała także gorącą czekoladę, aby pobyt jej wnuczki, u niej w domu, był jak najmilszy. Rzadko kiedy ją odwiedzała. Była ruchliwą dziewczyną i zawsze wszędzie było jej pełno, więc tym samym nie miała na nic czasu.
Na małym, wykonanym z ciemnego drewna, stoliku przygotowała skromny poczęstunek. Usiadła w swoim ulubionym fotelu i wyczekiwała wnuczki. Jej męża nie było. Poszedł do sąsiada na mecz, co wcale nie uszczęśliwiło kobiety, bowiem w ogóle nie rozumiała jego fascynacji piłką nożną.
W końcu usłyszała szczęk klamki od drzwi i melodyjny głos Victorii.
- Jestem, babciu. Przepraszam, że tak długo, ale spotkanie nie poszło zgodnie z planem i… po prostu tak wyszło. – spojrzała przepraszająco widząc przygotowaną staruszkę.
- Nic się nie stało, siadaj. – wskazała jasnopomarańczowy fotel, z narzuconym, brązowym kocem.
Victoria błądziła wzrokiem po mieszkaniu unikając spotkania wzrokowego z jej babcią. Wierciła się i wcale nie miała ochoty na ciasto leżące przed nią.
- Możesz mi powiedzieć, kochanie. – spokojnie odezwała się babcia.
- Nie chcę zawracać ci głowy. – machnęła ręką.
- Mówiłaś, ze spotkanie nie poszło po twojej myśli. – zacisnęła usta w wąską linię.
- Nie poszło… - przyznała smutno. – Chłopcy są głupi. W ogóle nie myślą.
Po malutkim mieszkaniu rozległ się wesoły śmiech starszej kobiety.
- Nic nowego. – przyznała a na jej twarzy pojawiły się jeszcze większe zmarszczki niż normalnie.
- Co w tym śmiesznego? – zrobiła wielkie oczy. – Już nigdy więcej się nie zakocham.
- Nie wiesz tego… - powiedziała cicho.
- Ten chłopak… ten o którym dzisiaj mi powiedziałaś, to nie był dziadek, prawda? – spojrzała na babcię.
Nie zaskoczyło jej to pytanie. Wiedziała, że córka jej Sandry, jest tak samo spostrzegawcza jak mama. Spojrzała na nią z uśmiechem i odparła:
- Nie, to nie był dziadek.
- Więc mi opowiedz. Jestem ciekawa tej historii. – przysunęła fotel bliżej babci i bardzo szczegółowo się jej przyjrzała.
- To stare dzieje, na dodatek nie są zakończone szczęśliwie. – powiedziała chcąc zbagatelizować nasunięty temat.
- Babciu, proszę. Wiem, że to nie była zwykła historia. Bardzo, bardzo proszę.
- Jesteś uparta jak mama. – zachichotała.
- A więc słucham. – wyszczerzyła się, po czym sięgnęła po gorącą czekoladę.