Lizzie siedziała w swoim pokoju i próbowała skupić się na
nauce do jutrzejszego sprawdzianu z historii, jednak jej brat miał w garażu
próbę i nie słyszała nic, prócz głośnych dźwięków granej przez niego muzyki.
- Ben! – krzyknęła tracąc cierpliwość. – Ben! – powtórzyła, tym razem zamykając gwałtownie książkę. Nikt jej nie odpowiedział, więc wstała i bardzo głośno tupiąc ruszyła w stronę garażu.
Huk otwieranych drzwi nie wzruszył chłopaków, dlatego dziewczyna szybkim ruchem odłączyła kabel od gniazdka.
- Co ty robisz?! – spiorunował ją wzrokiem brat.
Lizzie stanęła na środku pomieszczenia, założyła ręce na biodra i wlepiła wzrok w Bena.
- Jutro mam bardzo ważny sprawdzian z historii i wcale nie mam zamiaru go zawalić. To jest ostatnia klasa liceum a wy nie dajecie mi szansy się niczego nauczyć!
- Wyluzuj mała. – zaśmiał się chłopak stojący przy klawiszach.
- Słucham? – zrobiła dwa kroki do przodu jednak brat ją zatrzymał.
- Liz… nie rób mi siary. – szepnął i spojrzał jej głęboko w oczy.
- Chcę przypomnieć, że ty również jesteś w ostatniej klasie.
- I co z tego? – przewrócił oczami.
- Radzę wziąć się za naukę. Co mówiła mama?
- Mam to gdzieś… - przymknął oczy powoli tracąc cierpliwość.
- Ben, obiecałeś… - zacisnęła zęby.
- Słuchaj, mama wyjechała i nie wiadomo czy wróci w przyszłym roku. Ona też obiecywała, że będzie układać się lepiej, a wcale tak nie jest. Tata ledwo daje radę.
Lizzie rozejrzała się po pomieszczeniu bacznie obserwując każdego z członków zespołu. Jej wzrok zatrzymał się na ostatnim z nich, czyli perkusiście. Puścił jej oczko i uśmiechnął się arogancko. Dziewczyna w odpowiedzi pokazała mu środkowy palec i wróciła myślami do brata.
- Macie to ściszyć. – po tych słowach wymaszerowała z garażu i wróciła do swojego błękitnego pokoju. Wzięła książkę i chwilę się zamyśliła. Zaczęła wysłuchiwać. Muzyka umilkła. Usatysfakcjonowana otworzyła ponownie książkę i kontynuowała naukę.
- Niezła laska z tej twojej siostry. – zaśmiał się John.
- Przestań. Z takimi lepiej nie zadzierać. – machnął ręką Ben i zaczął składać sprzęt.
- A to dlaczego? Może lubię takie „niedostępne”. – szturchnął ręką Chada który siedział przy perkusji i głośno rechotał.
- Serio, stary. To dziewczyna nie dla ciebie. – przewrócił oczami. – Spadajcie już, niedługo mój ojciec wraca.
- No co ty. – zabuczał klawiszowiec.
- On ma rację. Idziemy. – powiedział Chad, wstał i pociągnął za sobą Johna i Zacka. – Narka. – pomachali mu wszyscy trzej i zniknęli za zielonymi murami żywopłotu.
- Nara. – mruknął zawijając kable od gitary.
- Ben! – krzyknęła tracąc cierpliwość. – Ben! – powtórzyła, tym razem zamykając gwałtownie książkę. Nikt jej nie odpowiedział, więc wstała i bardzo głośno tupiąc ruszyła w stronę garażu.
Huk otwieranych drzwi nie wzruszył chłopaków, dlatego dziewczyna szybkim ruchem odłączyła kabel od gniazdka.
- Co ty robisz?! – spiorunował ją wzrokiem brat.
Lizzie stanęła na środku pomieszczenia, założyła ręce na biodra i wlepiła wzrok w Bena.
- Jutro mam bardzo ważny sprawdzian z historii i wcale nie mam zamiaru go zawalić. To jest ostatnia klasa liceum a wy nie dajecie mi szansy się niczego nauczyć!
- Wyluzuj mała. – zaśmiał się chłopak stojący przy klawiszach.
- Słucham? – zrobiła dwa kroki do przodu jednak brat ją zatrzymał.
- Liz… nie rób mi siary. – szepnął i spojrzał jej głęboko w oczy.
- Chcę przypomnieć, że ty również jesteś w ostatniej klasie.
- I co z tego? – przewrócił oczami.
- Radzę wziąć się za naukę. Co mówiła mama?
- Mam to gdzieś… - przymknął oczy powoli tracąc cierpliwość.
- Ben, obiecałeś… - zacisnęła zęby.
- Słuchaj, mama wyjechała i nie wiadomo czy wróci w przyszłym roku. Ona też obiecywała, że będzie układać się lepiej, a wcale tak nie jest. Tata ledwo daje radę.
Lizzie rozejrzała się po pomieszczeniu bacznie obserwując każdego z członków zespołu. Jej wzrok zatrzymał się na ostatnim z nich, czyli perkusiście. Puścił jej oczko i uśmiechnął się arogancko. Dziewczyna w odpowiedzi pokazała mu środkowy palec i wróciła myślami do brata.
- Macie to ściszyć. – po tych słowach wymaszerowała z garażu i wróciła do swojego błękitnego pokoju. Wzięła książkę i chwilę się zamyśliła. Zaczęła wysłuchiwać. Muzyka umilkła. Usatysfakcjonowana otworzyła ponownie książkę i kontynuowała naukę.
- Niezła laska z tej twojej siostry. – zaśmiał się John.
- Przestań. Z takimi lepiej nie zadzierać. – machnął ręką Ben i zaczął składać sprzęt.
- A to dlaczego? Może lubię takie „niedostępne”. – szturchnął ręką Chada który siedział przy perkusji i głośno rechotał.
- Serio, stary. To dziewczyna nie dla ciebie. – przewrócił oczami. – Spadajcie już, niedługo mój ojciec wraca.
- No co ty. – zabuczał klawiszowiec.
- On ma rację. Idziemy. – powiedział Chad, wstał i pociągnął za sobą Johna i Zacka. – Narka. – pomachali mu wszyscy trzej i zniknęli za zielonymi murami żywopłotu.
- Nara. – mruknął zawijając kable od gitary.
Lizzie ostatnimi czasy mocno skupiała się na nauce, ponieważ studia były początkiem jej przyszłości. Jej brat, Ben, nie do końca się tym przejmował. W jego głowie znajdowało się miejsce jedynie na muzykę i zespół – wszystko inne miał daleko gdzieś.
Następnego dnia, dziewczynę obudziła głośna rozmowa jej ojca. Przecierając oczy powoli wstała z łóżka i ubrała jasnoróżowy szlafrok. Prędko wsunęła stopy w puszyste klapki i poszła do kuchni.
- Ale jakim cudem?! Przecież wczoraj wszystko sprawdzałem, niemożliwe. – ojciec spojrzał na córkę i dodał pospiesznie. – Dobra. Zaraz będę.
- Co jest? – Liz usiadła na wysokim krześle przy barku i nalała sobie szklankę soku pomarańczowego.
- Problemy w pracy. – machnął obojętnie ręką. – Tutaj masz dziesięć dolców, drugie leży tam, dla twojego brata. Kupcie sobie coś w szkole, nie miałem czasu na przygotowanie śniadania.
- Jasne. – mruknęła.
- Przepraszam, skarbie. Do zobaczenia. – cmoknął ją w czubek głowy i łapiąc czarną walizkę po drodze wyszedł z domu.
Lizzie wróciła do pokoju i w szybkim tempie ogarnęła swój wygląd, co chwilę spoglądając na zegarek. Kiedy była już gotowa, zauważyła, że jej brat nadal nie wylągł się z pokoju. Głośno zapukała do drzwi i powiedziała:
- Ben! Spóźnimy się na autobus!
- Już wstaję… - mruknął tak cicho, że ledwie go usłyszała.
- Nie będę na ciebie czekać. – liczyła na coś w stylu „dobrze, już idę” ale odpowiedziała jej cisza. Obojętna dziewczyna wyszła z domu kierując się w stronę przystanku.
Jej oczom ukazała się szczupła, ale kształtna sylwetka młodego chłopaka. Z każdym krokiem w jej stronę, coraz bardziej rozpoznawała postać. To był Chad. Kolega jej wkurzającego brata.
- O, cześć. – uśmiechnął się kpiąco.
Lizzie z natury była nieustępliwa i dość niedostępna dlatego nie odpowiedziała mu.
- Zawsze chodzisz taka naburmuszona? – zaśmiał się.
W pewnym momencie zadzwonił jej telefon. Zmierzyła Chada wzrokiem i sięgnęła do kieszeni. Zanim jednak zdążyła odebrać, chłopak wyrwał jej telefon z ręki.
- Oddawaj! – krzyknęła przerażona.
- Sama sobie weź. – chłopak śmiał się głośno, z niskiej dziewczyny, która bezskutecznie próbowała odebrać mu jej własność.
- Gdyby Ben tutaj był nie odważyłbyś się tego zrobić. – warknęła.
- On też za tobą nie przepada. – uśmiechnął się arogancko i przycisnął dziewczynę do przezroczystej ściany przystanku. Serce zaczęło bić jej szybciej z poczucia bliskości jego twarzy przy jej. Odległość między nimi była tak minimalna, że niemalże jego dłuższe włosy dotykały jej policzka. Lizzie jednak nadal patrzyła na niego ze złością i próbowała odepchnąć.
- Masz ładne oczy, nie musisz ich tak mrużyć. – w tym momencie podjechał żółty autobus. Chłopak wypuścił Lizzie z żelaznego uścisku i podał jej telefon. Wzięła go szarpiąc jego rękę i wsiadła do autobusu zajmując miejsce obok swojej przyjaciółki. Chłopak lekko zagryzł wargi i wsiadł do auta zaraz za nią. Usiadł jednak na samym końcu i nie znajdował się w jej polu widzenia.
- Co za dupek. – syknęła sprawdzając kto dzwonił.
- Kto? – zapytała Vanessa.
- A kto? Chad, idiota. Myśli, że może mieć każdą. – okazało się, że nieodebrane połączenie jest od Bena.
- Ten co gra z twoim bratem w zespole? – dalej wypytywała jednak Liz jej nie udzieliła odpowiedzi. Do końca drogi wpatrywała się w widoki za oknem nie mając pojęcia, że ciągle ktoś ma ją na oku.
W końcu dojechali do szkoły. Niepodświadomie wyszukiwała twarzy Chada na rynku szkoły, jednak go nie znalazła.
Po udanym sprawdzianie z historii, humor Lizzie znacznie się poprawił. Dziewczyna wyszła z klasy rozpromieniona.
- Słyszałam, że twój brat robi osiemnastkę… - powiedziała cicho Vanessa. – Będę zaproszona, prawda? – wyszczerzyła się.
- Pewnie, że będziesz, ale do mnie też. – odparła. – Tylko do tej pory nie wierzę, że tata mu na to pozwolił.
- Dlaczego? Może po prostu mu ufa. – pociągnęła łyk wody z plastikowej butelki.
- Nie będzie go przez weekend. – dodała.
- Tym lepiej. – zaśmiała się i klepnęła Lizzie w ramię. – Chodź, bo spóźnimy się na chemię.
Lizzie miała urodziny tego samego dnia, co jej brat. Jednak ona chciała zaprosić małą grupkę znajomych, a raczej koleżanek, w przeciwieństwie do jej brata, który preferował głośne imprezy do rana.
- Liz! Pomóż! – usłyszała krzyk brata z kuchni.
- Co jest?
- Alkohol nie mieści się w lodówce. – chłopak patrzył na parę zgrzewek napoju z wielkim przerażeniem.
- Po co tyle tego kupiłeś? I w ogóle skąd to masz? – zdziwiła się.
- Erni sprzedaje na rogu. – odparł od niechcenia. – Mniejsza z tym. Pomóż mi to jakoś pomieścić.
- Późno się do tego zabrałeś. – spojrzała na zegarek. – Za dwie godziny zaczyna się impreza.
- A właśnie. Co do tego.. – podszedł i położył ręce na jej ramionach. – Siostra, wiem, że nie lubisz takich imprez… - Lizzie patrzyła na niego z nutką zmieszania, ale naprawdę zaczęła wierzyć w to, że jej brat szczerze ją przeprosi, jednak… - Więc mogłabyś siedzieć u siebie w pokoju i być cicho? – uśmiechnął się prosząco.
- Jesteś idiotą. – mruknęła, strzepnęła jego ręce i ruszyła w stronę pokoju.
- Ja ciebie też!
Lizzie uznała, że być może pomysł brata nie jest taki zły. Zaprosiła trzy najlepsze przyjaciółki, przygotowała skromny poczęstunek, urządziła swój pokój, przystrajając go różowymi i niebieskimi światełkami. Zgrała parę filmów na laptopa, ubrała ulubioną piżamę, w postaci koszuli nocnej i zaczekała na gości. Tymczasem, w całym domu oprócz jej cichego pokoju, trwała balanga. Na szczęście każde pomieszczenie odizolowywało się od innych, za pomocą grubych ścian i muzyka, która była grana, w niewielkim stopniu wpadała do pokoju.
Dziewczyna co chwilę spoglądała na zegarek, wybiła równa dziewiętnasta. W tym samym czasie usłyszała pukanie do drzwi pokoju.
- Niespodzianka! – dziewczyny wpadły do pokoju całe wystrojone.
- Hej. – uśmiechnęła się. – Co wy… - zmierzyła je wzrokiem.
- A co ty? – zrobiły to samo.
- Sądziłam, że zrobimy sobie coś w stylu „piżama party”? – wstała z łóżka.
- Ale tam jest… - Ann spojrzała w stronę drzwi tęsknym wzrokiem.
- Nie, możemy zostać. Fajnie będzie. – podeszła Vanessa i postawiła obok łóżka prezent, wymuszając uśmiech.
Lizzie zagryzła wargi i wbiła wzrok w podłogę.
- Możecie iść. – powiedziała po dłuższej chwili.
- Przecież to twoje urodziny, i na dodatek osiemnaste!
- Dziewczyny, widzę, że chcecie iść na imprezę. Idźcie. Ja posiedzę tutaj, nie mam ochoty na jakieś szalone wybryki. - dziewczyny patrzyły na nią bez słowa. – No już! – machnęła ręką a znajome w ciszy wyszły z pokoju. Lizzie było bardzo przykro ale starała się tego nie okazywać. Zamknęła drzwi na klucz, po czym usiadła na łóżku, wzięła swoją ulubioną książkę i pogodziła się z faktem, że swoje osiemnaste urodziny spędzi w samotności.
Minęły jakieś 3 godziny od początku imprezy Bena. W pewnym momencie usłyszała głośny śmiech z dworu. Odłożyła książkę i wyszła na mały balkonik. Na dole stało trzech chłopaków. W mgnieniu oka rozpoznała między nimi Chada, który miał na sobie czarną koszulę i spodnie, srebrny wisiorek w kształcie skrzydła oraz ciemne buty. Dziewczyna bacznie mu się przyglądała i nie zauważyła, że chłopcy się zorientowali.
- Uuu, kogo my tu mamy? – ryknął jeden z nich. – Księżniczka zamknięta w pokoju?
- Znam ją, to siostra Bena. – odparł Chad. – Cześć kochanie! – zaśmiał się i jej pomachał.
- Mój brat nie myśli zdrowo, skoro koleguje się z kimś takim jak wy! – odparła ze złością dziewczyna.
- Uważaj, bo jeśli tam do ciebie wejdę! – pogroził palcem Chad.
- Drzwi są zamknięte. – powiedziała chcąc odejść jednak chłopak kontynuował.
- A kto powiedział coś o drzwiach? Wejdę i tędy. – wszyscy trzej się roześmiali. – Wysoko to nie jest! – dodał.
- Nawet nie próbuj! – powiedziała z lekkim niepokojem.
- Okej! Wchodzę! – dziewczyna ciągle stała na balkonie przyglądając się całej akcji. Nie wierzyła, że Chad wejdzie do jej pokoju, do momentu, kiedy przekroczył poręcz ogradzającą balkon. Lizzie rzuciła się w stronę pokoju aby szybko zamknąć drzwi oddzielające balkon od reszty domu ale nie zdążyła, ponieważ w ostatniej chwili Chad przycisnął rękę do szyby i mocno popchnął. Liz się cofnęła i zalała ją fala frustracji.
- I po co tu wlazłeś? Spadaj! – przywitała go.
- Ładna piżamka. – uśmiechnął się arogancko zmierzając ją wzrokiem.
Patrzyła na niego spod byka, jednak poczuła jak jej policzki robią się ciepłe.
- Aż tak mnie nie lubisz? Nie wierzę. Te rumieńce cię zdradzają. – dotknął jej lewej strony twarzy. Lizzie chciała się cofnąć ale nie miała już gdzie. Lekko przymknęła oczy i powiedziała:
- Nie dotykaj mnie. Wyjdź stąd. – ciężko było jej złapać oddech. Ta jego bliskość obierała jej resztki powietrza, czuła te same perfumy, co parę dni temu na przystanku.
- Przecież dobrze wiesz, że nie wyjdę. – zaśmiał się cicho.
- Dlaczego przyczepiłeś się do mnie? – zmierzyła go wzrokiem.
- Może podobają mi się takie marudy? – kiedy się uśmiechał, na jego policzkach pojawiały się dołeczki, które kompletnie zmieniały charakter jego twarzy.
- Nie umiesz komplementować dziewczyn. – uniosła brwi do góry.
- Jesteś śliczna. – powiedział a Liz szybciej zabiło serce. – Lepiej?
Patrzyła w jego ciemne oczy i próbowała się czegoś doszukać. Nie wiedziała czego, ale liczyła, że uda jej się rozgryźć to, co Chad ma na myśli chodząc za nią.
- I co? Nadal mam wyjść? – złapał ją za rękę. Dziewczyna prędko ją wyrwała.
- Tak… - szepnęła. – To znaczy, tak. I to natychmiast. – zaczęła szukać klucza w małej szufladce.
- Jednak jesteś marudą. – roześmiał się.
Dziewczyna znalazła kluczyk i ze smętną miną otworzyła mu drzwi od pokoju.
- Proszę. – warknęła.
Kolega brata powoli wyszedł z pokoju kiedy Liz się odezwała:
- Hej!
Odwrócił się i zerknął na nią.
- Już nie wracaj. – powiedziała z wymuszonym uśmiechem i zatrzasnęła drzwi.
Stanęła zaraz za nimi i wsłuchiwała się w głośne bicie serca. Uśmiechnęła się sama do siebie i spojrzała na wielkie czerwone pudełko stojące obok łóżka. Powoli do niego podeszła i odwiązała kokardę. W środku znalazła jasnofioletową sukienkę, na którą już od pewnego czasu Liz miała chrapkę, śmieszną kartkę z życzeniami, ogromną ilość słodyczy i duży, zielony album z ich wspólnymi zdjęciami z ostatnich trzech lat.
- Kochane… - mruknęła tak cicho, że aż sama zdziwiła się tym co powiedziała. Przed chwilą była zła na swoje przyjaciółki, ale w tym momencie nie miało to znaczenia. Miała ochotę wyjść i pójść do swoich znajomych, którzy dobrze bawili się za drzwiami.
- To też moje urodziny i mam prawo do zabawy. – powiedziała stanowczo i wzięła się do pracy. Założyła granatową, krótką sukienkę i zastosowała mocny makijaż. Włosy wyprostowała i założyła buty na koturnie. Zadowolona otworzyła drzwi i powędrowała na dół, na imprezę. Kiedy schodziła po schodach od razu poczuła na sobie wzrok niektórych gości, w tym przyjaciółek i Bena.
- Co tu robisz? – podszedł do niej i zapytał.
- To nie tylko twoje urodziny. Chyba mogę poszaleć? – uśmiechnęła się znacząco.
Ben od razu zrozumiał o co jej chodzi i wiedział, że siostra nie będzie nudzić. Wyszczerzył się szeroko i odparł:
- Bawimy się ludzie! – muzyka zadudniła jeszcze głośniej. W domu zapanował chaos a Lizzie nie miała zamiaru z tego nie skorzystać. W międzyczasie odnalazła Vanessę, Ann i Emmę. Zabawa poszła na całego. Wypiła parę butelek piwa, dwa kieliszki wódki i kilka drinków. Powoli zaczynała tracić kontrolę nad zasięgiem i ostrością swojego wzroku. Parę razy się zachwiała, w końcu tak bardzo, że Ann musiała ją złapać.
- Chyba trochę przesadziłaś, Liz. – stwierdziła krzywiąc się.
- Przestań.. – fuknęła i próbowała odczepić koleżankę.
- Chodź, idziemy do twojego pokoju. – wzięła ją pod ramię, ale Lizzie nie mogła utrzymać się na nogach, co utrudniało dziewczynie przetarganie jej choćby parę kroków.
- Niedobrze mi. – zakryła ręką usta. W tym momencie poczuła silne ramię z drugiej strony. – Oh, Chad… - westchnęła i znów powstrzymała odruch wymiotny.
- Wezmę ją do łazienki. – powiedział do Ann. Ta z reguły była nieśmiała dlatego szybko odskoczyła od przyjaciółki ciągle im się przyglądając.
- Często za nią łazi, nie? – zagadała do Bena.
- Kto? – zapytał popijając drinka.
Spojrzała na niego i chwilę się zastanowiła.
- Daj mi to. – wyrwała mu kubek i powędrowała do Vanessy i Emmy.
Chad wziął Lizzie na ręce i zaniósł ją do łazienki.
- Dlaczego dotykasz mnie bez mojej zgody? – spojrzała na niego mętnym wzrokiem po czym wybuchła śmiechem. – Dalej mi niedobrze… - w ostatniej chwili posadził ją przed toaletą przytrzymując jej włosy. Nastolatka w krótkiej chwili zwróciła całe wnętrze jej żołądka.
- Daj… - wskazała ręką na wieszaki, gdzie znajdowały się kolorowe ręczniki. Chad szybko ściągnął jeden i jej podał. Wytarła całą twarz i spróbowała wstać.
- Idziesz do pokoju. – powiedział chłopak.
- To moje urodziny… mój dom. Idę na imprezę! – zaśpiewała głośno i chwiejąc się ruszyła w stronę drzwi.
Chłopak podszedł do niej szybko i powtórnie biorąc ją na ręce zaniósł do pokoju i położył na łóżku.
- Masz tutaj zostać. – powiedział z lekkim uśmiechem. – Jakie to dziwne, dopiero nie byłaś taka gadatliwa.
- Co ten alkohol robi z ludźmi. – zarechotała głośno. – Chodź tu. – poklepała miejsce obok siebie szczerząc się do niego.
- Masz iść spać i to już. Twoja główka jest za słaba na takie ilości alkoholu. – puścił jej oczko.
- Podejdziesz na chwilę? – wybełkotała.
Chad głośno westchnął i usiadł na brzegu łóżka. Lizzie ciągle mu się przyglądała aż w końcu, zupełnie niespodziewanie go pocałowała. Dość namiętnie i zaborczo. W szybkim tempie ją od siebie odczepił i wstał.
- Dość tego, musisz iść spać. Na razie. – pomachał jej i wyszedł z pokoju.
- Dupek! – krzyknęła za nim i głośno się śmiejąc przykryła się kołdrą. Po dziesięciu minutach zasnęła.
Na dole impreza trwała jeszcze dwie godziny, później wszyscy się rozeszli. Dom został opuszczony w tragicznym stanie, jednak o trzeciej nad ranem nikogo to nie obchodziło. Ben pożegnał ostatnich gości i sam powędrował do swojego pokoju.
Jestem ciekawa, co będzie dalej :) Dodaję do obserwowanych :)
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo! ;))
UsuńPodoba mi się! Cieszę się, że nie piszesz jak jakaś dziewczyna w gimnazjum "miłość, miłość, kochanie, misiu" i te sprawy :D Czekam na więcej :)
OdpowiedzUsuńHaha dziękuję! ;D
Usuń